Pieprzyć dorosłość

W czasach kiedy mój wzrost nie przekraczał 120cm, a moja wiedza z zakresu matematyki kończyła się na dodawaniu liczb naturalnych w przedziale 1-10, dziwiło mnie to, że ludzie są tacy poważni. Idąc beztrosko do szkoły podstawowej z plecakiem wypełnionym pysznymi kanapkami patrzyłem na dorosłych jak na obcych. Grobowa mina, nadęcie i spięcie jak pies podczas defekacji na trawniku. Taki betonowy słup pod kątem wyrażania emocji w ludzkiej skórze. Bez sensu. Z perspektywy kilkulatka jeśli nie umiesz bawić się w berka lub nie potrafisz zrobić głupszej miny od niego – jesteś skreślony. Nara sztywniaku!

Gdybym miał wybrać jedną rzecz, którą wybrałbym jako najważniejszą w życiu – bez wątpienia podałbym tylko jedną. Nie, nie chodzi o dużą pepperoni na cienkim cieście z podwójnym serem, chociaż przez długi czas się nad tym zastanawiałem.

Szczęście.

Słowo klucz. Święty Graal. Niewielu o nim słyszało, ale każdy chciałby posiąść na własność. W dziecięcym świecie to takie proste. Przecież wystarczy zwykła kałuża, aby z przyjemnością wskoczyć w nią, rozpędzonym niczym włoskie Pendolino i upierdolić najnowsze spodnie w błocie. Uśmiech gwarantowany. Serio. Nigdy nie skakałeś po kałuży będąc małym dzieckiem? To miałeś chujowe dzieciństwo. Idź, zrób to, bo dożyjesz 56 lat nie mając świadomości jakie to zajebiste.

My ludzie jesteśmy pojebani. Spójrz na siebie jak i na innych. Przypatrz się dokładnie z precyzją elektronowego mikroskopu. Codziennie, każdego dnia podążamy utartymi schematami jak tramwaj nr 9 z Okęcia na Gocławek zapominając przy tym wszystkim o najważniejszym. Nie, nie o dużej pizzy, chociaż to też ważne. Szczęściu.

Chodzisz do pracy. Jeśli jesteś w gronie szczęśliwców – lubisz ją. Jeśli nie, jesteś na nią skazany, ponieważ zależy Ci na magicznej cztero lub pięciocyfrowej kwocie polskich złotych, które dostajesz od swego pracodawcy. Nie lubisz go z zasady, przecież to twój szef. Jest bogatszy od Ciebie, ma fajniejszy samochód, może wydawać Ci polecenia. Nawet jeśli ma rację to i tak jest idiotą i najchętniej życzyłbyś mu dożywotniej pracy w kamieniołomie.

Wkurwiasz się na swoją pracę. Wszyscy dookoła są pojebani, tylko Ty jeden jesteś normalny. Cały świat jest chory, gdyby nie Ty, z pewnością Ziemia przestałaby się obracać, a wszystkie krowy w promieniu 1230km przestałyby dawać mleko.

Próbujesz być idealny. Najlepszy. Najbogatszy. I w tym całym biegu jesteś nieszczęśliwy. Czekasz na TEN magiczny moment. Idealizujesz świat, mając stuprocentowe przekonanie, że gdybyś nim rządził, byłby lepiej. Nie masz z tego nic, poza frustracją.

Za kilka miesięcy będzie ciepło, wtedy wskoczysz na rower i Twoje zbędne kilogramy odejdą w zapomnienie.
Za 2 lata skończysz studia, więc skończy się patologiczna potrzeba uczenia się zbędnych rzeczy na pamięć.
Za 5 lat, korporacja w której pracujesz Cię doceni i awansujesz na starszego specjalistę ds. chujwieczego i będziesz zarabiał 23,688% więcej niż dziś, więc będziesz szczęśliwszy.
Za 15 lat pokażesz bankowi, w którym brałeś kredyt hipoteczny środkowy palec, bo spłacisz ostatnią ratę kredytu – to pełnia szczęścia.

Wiesz co? Jeśli czekasz na moment, w którym to z dnia na dzień staniesz się szczęśliwy, to możesz od razu wziąć młotek, mocno się zamachnąć i przyłożyć sobie nim w tył głowy.

Szczęście nie jest logiczne jak funkcje w Excelu. Nie jest to zadanie na Twojej to-do liście. Nie jest zakupione na Allegro. Po prostu jest. Dopóki tego nie zrozumiesz, będziesz zasilał grono zgnuśniałych, skrzywionych i sfrustrowanych ludzi, którzy pokonują trasę dom-praca codziennie rano.

Wiesz dlaczego byłeś szczęśliwy kiedy byłeś dzieckiem? Bo miałeś głęboko w dupie to, co będzie jutro, za tydzień czy za miesiąc. Cieszyłeś się jak głupi do sera, kiedy padał śnieg i od razu szedłeś na sanki. Twoje szczęście było bezwarunkowe. Tu i teraz. Tak po prostu, bez powodu.

Straciłeś to. Zostałeś poddany procesowi prania mózgu. Dziś próbujesz to sobie wynagrodzić wielkim telewizorem czy samochodem, ale po kilku dniach zabawka ta Ci się nudzi i przestajesz być szczęśliwy. To droga donikąd.

Uśmiechnij się. Usiądź na ławce. Zachłyśnij się świeżym powietrzem podczas porannego spaceru. Spójrz w chmury. Zrób głupią minę. Zadzwoń do bliskiej osoby i powiedz, że ją kochasz. To nic nie kosztuje. A przynosi szczęście.

 

  • Anna Chrzczonowska

    A ja swoją pracę kocham i wiem, że nie jestem i nie będę idealna, ani nie będę bogata i cieszy mnie każdy nowy dzień a tak w ogóle te „zaprogramowanie” to chyba rodem z de Mello z „Przebudzenia”. Pozdrawiam autora – Michała 🙂

  • Muszę przyznać, że spodobał mi się ten wpis … Napisałeś dokładnie linijka w linijkę dokładnie to co ja myślę. To zadziwiające 🙂

  • to jest świetne, staram się jak najczęściej egzekwować tą strategię… ale niestety człowiek dorosły ma swoje ograniczenia, których nie ma dziecko – odpowiedzialność za drugą osobę. Zwłaszcza mężczyźni. Jeśli kochasz to nie jesteś w stanie ot tak usunąć z siebie tej emocji.

  • prawie codziennie staram się wdrażać takie myślenie, cieszyć się chwilą i małymi rzeczami. niestety w dzisiejszym świecie kiedy wokół jest tyle zła, czasami ciężko się uśmiechnąć. odwiedź: rękodzieło artystyczne sklep

  • Świetny wpis ! Nie ma nic lepszego jak radość z każdej przeżytej chwili. Szkoda, że tak wiele osób nie potrafi zatrzymać się chodź na chwilę i spojrzeć na życie z innej perspektywy.
    Bycie dzieckiem jest super 🙂

  • Łukasz Kozioł

    „Knock knock – komornik otwierać.”
    „Ktoooo? Spierdalaj pojebie, właśnie zajmuję się swoim szczęściem.”
    😛